To nie będzie kolejny tekst motywacyjny, pisany w oparciu o tajemniczych amerykańskich myślicieli.

W życiu chyba każdego samotnika, pracującego z kodem, bądź malującego różne rzeczy dla uznania i uciech wizualnych swoich klientów, przychodzi moment, gdy mózg zaczyna szeptać „Nie chce mi się”. Zwłaszcza, kiedy wykonujemy jakieś powtarzalne ruchy myszką.

Dochodzi nawet do takiej sytuacji, że pewne czynności robimy bezmyślnie, korzystając z wypracowanych już wcześniej ścieżek. I w sumie nie byłoby nic w tym złego. Bo korzystanie ze schematów przecież przyśpiesza pracę nad projektem i sprawia, że szybciej dobrniemy do szczęśliwego finału.

Tylko co wtedy, gdy ten trend staje się rutyną? Kiedy czujemy, że się nie rozwijamy? Wręcz nawet odwrotnie. Nasze myślenie zanika… Mózg pracuje wolniej, szybko się męczymy i nie podejmujemy nowych wyzwań. Urlop i odpoczynek nie pomaga… A w głowie tyle pomysłów. Tylko robić ni ma komu.

To znak, że przyszedł Twój Zegarmistrz 🙂 I co? Czas leci, a ty stoisz z pracą?

Prawdziwe pytanie jest takie: Jak go przegonić? Jak odzyskać prawidłowy rytm pracy? Czy są jakieś narzędzia oprócz tego kilogramowego młotka z Twojej szuflady? A może jakaś książka znanego kołcza 🙂 ?

Myślę, że każdy sposób jest dobry, jeśli będzie skuteczny. Ja jeszcze szukam właściwego przepisu i być może ten wpis będzie przełomowy, o ile już nie jest. Większość speców od motywacji i samorozwoju pisze o tym w momencie, gdy są na jakimś szczycie w swojej karierze lub kryzys mają za sobą. Pokazują swoje ścieżki dążenia do doskonałości i być może spełnia to swoją rolę, ale przecież może też spowodować odwrotny skutek. I co wtedy? Więc pomyślmy razem. Jak też teraz myślę. Naprawdę 🙂

Może najpierw ułóżmy swoje pomysły, od tych najbardziej palących i mogących „wypalić” (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), do tych mniej frapujących. I na tym dzisiaj się skupmy. U mnie działa to ze zdwojoną siłą, bo na dwóch płaszczyznach: zawodowej związanej z programowaniem i projektowaniem stron i sklepów internetowych, i tej hobbistycznej związanej z prowadzeniem jednoosobowej redakcji magazynu internetowego Rynek Lubelski.

Pierwszą rzeczą najważniejszą jest skupienie się na codziennej pracy. I dowożenie projektów w miarę możliwości czasowych. Pracując w systemie B2B i rozliczając się w systemie projektowym trzeba trzymać fason, i być skupionym oraz zmotywowanym. Inaczej odbije się to na naszej kieszeni. Owszem, ciężko to uzyskać, jeśli wokół mamy tysiąc rozpraszaczy (i to bez kobiet). No bo jak żyć bez Facebooka, Twittera, Instagrama, nie przejrzeć lubelskiej prasy… To zabija czas, nie oszukujmy się. A więc należy OGRANICZYĆ. Długie rozmowy przez telefon ze współpracownikiem, jeśli nie dotyczą projektu – OGRANICZYĆ do minimum. O długich rozmowach z kolegami i koleżankami nawet nie piszę. Myślę, że to pomoże odzyskać nam ok. 2 godziny naszego życia. Dziennie. Tylko uważaj, bo zostaniesz dzikiem.

Tworząc strony, coraz większą wagę przywiązuję do czystości kodu i funkcjonalności mojego motywu bazowego, którego rozwijam z każdym projektem. W tych aspektach regularnie staram się poszerzać swoją wiedzę. Za cel obrałem sobie poznanie sposobów tworzenia bloków do edytora Gutenberg. To bez dwóch zdań przyszłość WordPressa. Celem dalekosiężnym jest tutaj całkowite wyeliminowanie Advanced Custom Fields z wdrażania motywów i poleganie zupełnie i wyłącznie na swoim kodzie. Aby to uczynić, muszę poznać i poznaję dość czynnie React.js i składnię ES6, bo po co pisać od razu kompilowany kod ES5 i komplikować sobie życie. Ważne, by robić to regularnie i nad tym właśnie muszę popracować razem z wami.

Druga płaszczyzna to płaszczyzna redakcyjna. Już nie chcę pisać o tym, że ilość publikowanych treści dotyczących historii Lublina drastycznie spadła, bo spadł również zapał. Wyszukiwanie materiałów jest oczywiście czasochłonne, jak też samo pisanie. Na dodatek dochodzi jeszcze głos wewnętrzny: „No, ale przecież na tym nie zarabiasz” – „To może zamknąć w cholerę” – „Ale szkoda tych 5 lat”. Poza tym odkrywanie nowych rzeczy w historii rodzinnego miasta dalej mnie pociąga i na tym polu tak łatwo nie zdezerteruję. A co do planów. Są dalekosiężne. Najbliższe związane są z pierwszą płaszczyzną biznesowo-programistyczną. Usprawniam motyw bloga, a dokładnie przyśpieszam i dodaję nowe funkcjonalności. Oczywiście w międzyczasie uzupełniam nowe treści oraz hasła lubelskiej gwary. Wkrótce dojdzie Słownik Geograficzny. Z dalszych planów, czeka mnie delikatna zmiana charakteru czasopisma jako, że od niedawna jestem jego oficjalnym wydawcą i mogę podziałać już biznesowo. Także w myślach ustalam strategię finansowania bloga poprzez subtelne i wyrafinowane pozycje reklamowe, które będą w całości nosiły nazwę Informatora m. Lublina jako nowy dział w czasopiśmie. W dalekiej przyszłości chciałbym, by pojawił się w druku. Przyczyny takich posunięć są dość mam nadzieję zrozumiałe. To rosnące koszty utrzymania serwera oraz domeny. Ale o tym będę jeszcze informował.

Reasumując, może wystarczy mieć pomysły i czas na ich realizację? Bo zgodzicie się, że bez pomysłów świat jest nudny? Prawda?